Wywiad

2 miesiąca 2017 Gość Niedzielny nr 8 str. VI / VII

POSŁANIEC WARMIŃSKI
◄ 
– Papież Benedykt XVI 
mówił, że Kościół trzeciego tysiąclecia będzie Kościołem małych wspólnot. Że to już nie będzie Kościół mas, które są ochrzczone, gdzie „chrzest spłynął po zewnątrz, a serca pozostają pogańskie”. Stąd katechezy, które głosimy – mówi kapłan.

ks-lesław-pańczakKRZYSZTOF KOZŁOWSKI /FOTO GOŚĆ

Widzę, że to jest prawda

– Wydawało mi się, że muszę być na budowie, że muszę prosić o pieniądze, a okazało się, że najważniejsze jest, bym zaczął się modlić, słuchać słowa Bożego, a Pan Bóg resztę załatwi – mówi ks. Lesław Pańczak MS, proboszcz parafii pw. Matki Bożej Saletyńskiej w Olsztynie.

KRZYSZTOF KOZŁOWSKI:
Ani Wielki 
Post, ani Adwent, a w parafii trwają katechezy neokatechumenalne dla dorosłych i młodzieży, swoiste rekolekcje...

KS. LESŁAW PAŃCZAK MS: To nie moja inicjatywa, choć głoszę nauki. Katechezy odbywały się przed laty, potem powstały w parafii dwie wspólnoty neokatechumenalne. Skoro jest takie pragnienie poszukiwania Boga, należy na nie odpowiedzieć, choćby dla jednej osoby. W ogóle należałoby wrócić do początków ruchu, do żyjącego do dziś Kiko Argüello. Był bankrutem, ale dobrze wykształconym człowiekiem, malarzem, artystą. Zamieszkał w barakach z ubogimi. Tam grał, śpiewał i przy okazji czytał Pismo Święte. A ubodzy przychodzili. Spostrzegł, że słowo Boże ma wpływ na nich, że zaczyna zmieniać się ich życie. Nie mówił im: „Przestań posyłać żonę, aby się prostytuowała. Przestań posyłać dzieci, żeby kradły”. Bez tego, pod wpływem samego słuchania, ktoś poszedł do pracy, dzieci wysłał do szkoły. Kiko Argüello ujrzał, jak słowo i Duch Święty zmieniają tych ludzi. Droga neokatechumenalna nie powstała przy jakimś stoliku, bo ktoś opracował formację. To jest dzieło Ducha Świętego, bo tam zawiązała się wspólnota biedaków, nędzarzy, ludzi z marginesu, którzy mieli grzechy wypisane na czole. Wystarczyło spojrzeć, a już się wiedziało, że ten jest złodziejem, ta prostytutką, ten pijakiem. Ludzie przegrani w oczach świata. Kiedy biskup Madrytu pojechał w to miejsce, bo władze miasta chciały zlikwidować baraki, i zobaczył, co się tam dzieje, wyraził zgodę na działanie powstałej wspólnoty, by ludzie mogli spotykać się, czytać Pismo Święte. Czyli początek naszych katechez jest w Madrycie. Do Polski „przeszczepił” je O. Alfred Cholewiński SJ. Obecny cykl nazywamy „Katechezy zwiastowania”. Jak anioł przychodzi do Maryi i zwiastuje Dobrą Nowinę, Ona mówi swoje: „tak” i poczyna się Syn Boży.

Dzięki słowu w sercach słuchaczy ma się narodzić Jezus?

Tak, pragniemy ogłosić tym, którzy przychodzą, Dobrą Nowinę. Dlaczego neokatechumenalne? W Kościele pierwotnym istniała taka instytucja jak katechumenat. Poprzez niego ludzie, którzy byli poganami, byli prowadzeni przez opiekuna, czasem przez lata, do wiary dojrzałej. Jeżeli ktoś po wysłuchaniu słowa dawał znaki wiary, że nie ma serca pogańskiego, tylko Duch Święty w nim działa, wówczas był przyjmowany do Kościoła i przyjmował chrzest. Ten katechumenat prowadził do przyjęcia tego sakramentu. Człowiek stawał się chrześcijaninem.

Dziś ta droga jest krótka. Człowiek się rodzi i przyjmuje chrzest.

Myślę, że dla duchowości pewnym dramatem, choć, oczywiście, miał i swoje dobre skutki w historii, był Edykt Mediolański, w którym cesarz Konstantyn Wielki uznał religię chrześcijańską za państwową. Wtedy ludzie o sercach pogańskich weszli do Kościoła. Były to całe masy, nie było czasu, żeby je katechizować. Krótkie przygotowanie i chrzest św. A ci ludzie pozostawali z sercami, jakie mieli. Dziś chcemy wrócić do odmiany serc. Jak dziś wygląda przygotowanie do chrztu? Mamy katechezę dla rodziców i chrzestnych, mówimy, czym jest ten sakrament, jakie są konsekwencje jego przyjęcia, czym jest życie wiary, o co tak naprawdę proszą. Stąd neokatechumenat, czyli katechumenat pochrzcielny, który ma doprowadzić człowieka do wiary dojrzałej. Bo nie chodzi o nazywanie siebie chrześcijaninem, o myślenie, że wiara czy raczej religijność sprowadza się jedynie do obrzędów, a życie jest życiem – obrzęd, a po wyjściu z kościoła rzeczywistość pogańska. Wiara dojrzała to spojrzenie na życie jako na całość, na całą rzeczywistość świata jako coś świętego, na to, że za każdym wydarzeniem życia stoi Pan Bóg. Wiara dojrzała ma mnie doprowadzić do osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem jako osobą, kimś żywym, a nie kimś, kto się mną nie interesuje, zostawił mnie tutaj i patrzy, jak się męczę, cierpię, jak muszę się zmagać z chorobami, brakiem pieniędzy, śmiercią osób bliskich. Bo w ogóle Pana Boga to nie interesuje. W tych katechezach głosimy, że Bóg naprawdę ciebie kocha, że chce twojego szczęścia, że za każdym wydarzeniem życia stoi Bóg.

Ale co dalej? Katechezy się skończą. Pozostanie ta codzienność, o której Ksiądz mówił.

Naszym pragnieniem jest utworzenie po cyklu nauk nowej wspólnoty. W niej ci ludzie mają szansę słuchania słowa Bożego. Żyjąc w małej wspólnocie, człowiek może doświadczyć, kim jest. W kościele jest anonimowość. Kiedy patrzę, jak wierni przekazują sobie podczas Eucharystii znak pokoju, podchodzą, podają dłoń, uśmiechają się, myślę: „dobrze”. Czasem jest to skinięcie głową. Ale czy nie są to jedynie zewnętrzne gesty? Czy został sercem przekazany znak pokoju, czy nie? Życie w małej wspólnocie pozwala się poznać, zobaczyć, kim jestem, uświadomić sobie, że jestem człowiekiem kruchym, grzesznikiem. Bo widzę w lustrze, jakim jest słowo Boże, prawdę. Zaczynam również to dostrzegać w drugim człowieku. I widzę, że nie potrafię akceptować drugiego, że trudno jest mi przebaczyć, przyjąć kogoś takim, jakim jest. Po prostu prawdziwie kochać człowieka, jak Bóg mnie ukochał. We wspólnocie mogę tego doświadczyć.

Słowo Boże, przemiana, docieranie do prawdy o sobie. A Ksiądz? Wielu powie, że „cóż on może wiedzieć o życiu, jemu jest łatwiej”.

Wrócę do czasu, kiedy zostałem proboszczem w Krakowie-Łagiewnikach, w parafii pw. Matki Bożej Saletyńskiej, nieopodal sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Byłem młodym księdzem. Otrzymałem kościół w budowie. Trzeba było zmienić projekt, bo zaplanowana świątynia była za duża. Nie było pieniędzy. Mnie to wszystko przerastało. Dopadł mnie kryzys, że Bóg mnie nie kocha. 9 lat kapłaństwa i taki kryzys! Pewnego dnia zaproszono mnie na katechezy. Opierałem się, nie chciałem iść. Przecież jestem misjonarzem, głoszę rekolekcje, nie będę jakiś katechez słuchał (śmiech). Ale nalegali. A ja zacząłem się zastanawiać, czemu to nie księża, tylko ludzie świeccy przyszli do mnie, do proboszcza, i powiedzieli, że dla mnie jest to ważne. W końcu poszedłem. Sercem ówczesnych nauk, jak i tych, które głosimy w parafii, był kerygmat. On przyzywa ludzi do wiary. Wtedy usłyszałem, że Pan Bóg wcale mnie do parafii nie posłał, by mnie zabić, jak wówczas myślałem. Bo przecież nie znam się na budowie, nigdy nie interesowały mnie gwoździe, nie mam pieniędzy. On mnie kocha! A ja nie potrafiłem przecież kochać siebie. Dotarło też do mnie, że będę mieć wiarę, że ja, Leszek, będę człowiekiem wierzącym. Że spotkam Boga jako osobę. I uwierzyłem, wstąpiłem do wspólnoty. Spostrzegłem, że coś się ze mną dzieje. Wydawało mi się, że muszę być na budowie, że muszę prosić o pieniądze, a okazało się, że najważniejsze jest, bym zaczął się modlić, słuchać słowa Bożego, a Pan Bóg resztę załatwi. Byłem na spotkaniu proboszczów na Jasnej Górze. Stefano Gennarini głosił katechezy i powiedział: „Jeżeli Pan Bóg chce jakiegoś proboszcza nawrócić, to mu daje budowę kościoła” (śmiech). A ja w kryzysie. Dla mnie to był szok. Dziś, po tylu latach drogi neokatechumenalnej, widzę, że to jest prawda. Tego doświadczyłem. W Łagiewnikach stanął kościół. Pan Bóg go wybudował, bez wysiłków ludzkich. Budować kościół czy prowadzić jakiekolwiek dzieło Boże to się nawracać, być otwartym na to, co Pan Bóg chce z tobą robić.

Na myśl przychodzą mi Dzieje Apostolskie. Zbankrutowani apostołowie, ci, którzy opuścili Chrystusa, otrzymują Ducha Świętego, bo miłość człowieka nie niszczy, a unosi. Oni idą i głoszą Dobrą Nowinę.

A ludzie przychodzą do nich i się pytają: „Co mamy czynić?”. Przychodzą i dziś. Działy się i dzieją się cuda. Bo Jezus jest nam bliski. Trochę jeździłem po świecie, pracowałem w radzie generalnej w Rzymie. Miałem okazję być na wszystkich kontynentach, gdzie są placówki saletynów. Patrzyłem, jak prowadzi się duszpasterstwo na misjach, gdzie ludzie są poganami. I tam jest duszpasterstwo misyjne. My w parafii mamy duszpasterstwo sakramentalne. Przychodzą ludzie do kościoła, sprawujemy sakramenty, Msza św., spowiedź. Ale co roku jest liczenie wiernych. W naszej parafii, okazuje się, spośród 3 355 osób do kościoła chodzi 16 proc. Czyli to duszpasterstwo jest odpowiednie dla tych, którzy przychodzą do kościoła. A gdzie jest moje 84 proc.? Mówię to jako proboszcz. Jak mam trafić do ludzi, którzy na kolędzie zamknęli przede mną drzwi? Jak mam im powiedzieć: „Przyjdźcie na adorację Najświętszego Sakramentu”, jeżeli oni nie mają wiary? Jak mam powiedzieć, że jest Eucharystia, na której spotkają Jezusa Chrystusa, kiedy oni w to nie wierzą, nie wierzą w Paschę, w przejście ze śmierci do życia? A może za 10 lat będzie to tylko 10 proc. I co, mam biegać i jedynie troszczyć się o tych ludzi i cieszyć się, że w ogóle są jacyś w kościele, czy może zaproponować coś innego? Pamiętam coroczne spotkania w Watykanie dla proboszczów rzymskich. Mówiono, że jeśli proboszczowie w Rzymie będą jedynie sprawować sakramenty, to będzie trzeba z czasem zamykać parafie. Dlatego trzeba iść i głosić, trzeba wprowadzić duszpasterstwo misyjne, które ma za zadanie oddziaływać na ludzi, których w kościele nie ma. Czyli muszą być znaki w parafii, które wskazują drogę ku życiu, ku szczęściu, że mogą być ludźmi zmartwychwstania. Jakie to znaki? Wspólnoty. Katechezy, które głosimy, mają zwołać ludzi, zebrać we wspólnocie. Nauki mają nas doprowadzić do odkrycia, kim jestem. Wiem, że łatwiej jest nałożyć maskę. Ale my nie jesteśmy aktorami, a sobą. I siłę prawdy daje nam Chrystus. Po naukach neoketachumenalnych, które skończą się w marcu, w parafii odbędą się Rekolekcje Ewangelizacyjne Odnowy w Duchu Świętym. Cały czas ewangelizacja, stwarzanie możliwości spotkania żywego Chrystusa. • krzysztof.kozlowski@gosc.pl
www.
olsztyn.gosc.pl

POSŁANIEC WARMIŃSKI

KRZYSZTOF KOZŁOWSKI: Ani Wielki

Post, ani Adwent, a w parafii trwają

katechezy neokatechumenalne dla

dorosłych i młodzieży, swoiste rekolekcje...

KS. LESŁAW PAŃCZAK MS: To nie

moja inicjatywa, choć głoszę nauki.

Katechezy odbywały się przed

laty, potem powstały w parafii

dwie wspólnoty neokatechumenalne.

Skoro jest takie pragnienie

poszukiwania Boga, należy na nie

odpowiedzieć, choćby dla jednej

osoby. W ogóle należałoby wrócić

do początków ruchu, do żyjącego

do dziś Kiko Argüello. Był

bankrutem, ale dobrze wykształconym

człowiekiem, malarzem,

artystą. Zamieszkał w barakach

z ubogimi. Tam grał, śpiewał i przy

okazji czytał Pismo Święte. A ubodzy

przychodzili. Spostrzegł, że

słowo Boże ma wpływ na nich, że

zaczyna zmieniać się ich życie.

Nie mówił im: „Przestań posyłać

żonę, aby się prostytuowała. Przestań

posyłać dzieci, żeby kradły”.

Bez tego, pod wpływem samego

słuchania, ktoś poszedł do pracy,

dzieci wysłał do szkoły. Kiko

Argüello ujrzał, jak słowo i Duch

Święty zmieniają tych ludzi. Droga

neokatechumenalna nie powstała

przy jakimś stoliku, bo ktoś opracował

formację. To jest dzieło Ducha

Świętego, bo tam zawiązała się

wspólnota biedaków, nędzarzy,

ludzi z marginesu, którzy mieli

grzechy wypisane na czole. Wystarczyło

spojrzeć, a już się wiedziało,

że ten jest złodziejem, ta

prostytutką, ten pijakiem. Ludzie

przegrani w oczach świata. Kiedy

biskup Madrytu pojechał w to

miejsce, bo władze miasta chciały

zlikwidować baraki, i zobaczył,

co się tam dzieje, wyraził zgodę

na działanie powstałej wspólnoty,

by ludzie mogli spotykać się,

czytać Pismo Święte. Czyli początek

naszych katechez jest w Madrycie.

Do Polski „przeszczepił”

je ks. Jacek Cholewiński. Obecny

cykl nazywamy „Katechezy zwiastowania”.

Jak anioł przychodzi do

Maryi i zwiastuje Dobrą Nowinę,

Ona mówi swoje: „tak” i poczyna

się Syn Boży.

Dzięki słowu w sercach słuchaczy

ma się narodzić Jezus?

Tak, pragniemy ogłosić tym,

którzy przychodzą, Dobrą Nowinę.

Dlaczego neokatechumenalne?

W Kościele pierwotnym istniała

taka instytucja jak katechumenat.

Poprzez niego ludzie, którzy

byli poganami, byli prowadzeni

przez opiekuna, czasem przez lata,

do wiary dojrzałej. Jeżeli ktoś po

wysłuchaniu słowa dawał znaki

wiary, że nie ma serca pogańskie-

Widzę, że to jest prawda

Wydawało mi się,

że muszę być na

budowie, że muszę

prosić o pieniądze,

a okazało się, że

najważniejsze jest,

bym zaczął się

modlić, słuchać

słowa Bożego,

a Pan Bóg resztę

załatwi – mówi

ks. Lesław Pańczak

MS, proboszcz

parafii pw. Matki

Bożej Saletyńskiej

w Olsztynie. KRZYSZTOF KOZŁOWSKI /

FOTO GOŚĆ

www.olsztyn.gosc.pl VII

POSŁANIEC WARMIŃSKI

go, tylko Duch Święty w nim działa,

wówczas był przyjmowany do

Kościoła i przyjmował chrzest. Ten

katechumenat prowadził do przyjęcia

tego sakramentu. Człowiek

stawał się chrześcijaninem.

Dziś ta droga jest krótka. Człowiek

się rodzi i przyjmuje chrzest.

Myślę, że dla duchowości pewnym

dramatem, choć, oczywiście,

miał i swoje dobre skutki w historii,

był Edykt Mediolański, w którym

cesarz Konstantyn Wielki

uznał religię chrześcijańską za

państwową. Wtedy ludzie o sercach

pogańskich weszli do Kościoła.

Były to całe masy, nie było czasu,

żeby je katechizować. Krótkie

przygotowanie i chrzest św. A ci

ludzie pozostawali z sercami, jakie

mieli. Dziś chcemy wrócić do odmiany

serc. Jak dziś wygląda przygotowanie

do chrztu? Mamy katechezę

dla rodziców i chrzestnych,

mówimy, czym jest ten sakrament,

jakie są konsekwencje jego przyjęcia,

czym jest życie wiary, o co

tak naprawdę proszą. Stąd neokatechumenat,

czyli katechumenat

pochrzcielny, który ma doprowadzić

człowieka do wiary dojrzałej.

Bo nie chodzi o nazywanie siebie

chrześcijaninem, o myślenie, że

wiara czy raczej religijność sprowadza

się jedynie do obrzędów,

a życie jest życiem – obrzęd, a po

wyjściu z kościoła rzeczywistość

pogańska. Wiara dojrzała to spojrzenie

na życie jako na całość, na

całą rzeczywistość świata jako coś

świętego, na to, że za każdym wydarzeniem

życia stoi Pan Bóg. Wiara

dojrzała ma mnie doprowadzić

do osobistego spotkania z Jezusem

Chrystusem jako osobą, kimś żywym,

a nie kimś, kto się mną nie

interesuje, zostawił mnie tutaj

i patrzy, jak się męczę, cierpię,

jak muszę się zmagać z chorobami,

brakiem pieniędzy, śmiercią osób

bliskich. Bo w ogóle Pana Boga to

nie interesuje. W tych katechezach

głosimy, że Bóg naprawdę ciebie

kocha, że chce twojego szczęścia,

że za każdym wydarzeniem życia

stoi Bóg.

Ale co dalej? Katechezy się skończą.

Pozostanie ta codzienność, o której

Ksiądz mówił.

Naszym pragnieniem jest utworzenie

po cyklu nauk nowej wspólnoty.

W niej ci ludzie mają szansę

słuchania słowa Bożego. Żyjąc

w małej wspólnocie, człowiek może

doświadczyć, kim jest. W kościele

jest anonimowość. Kiedy patrzę, jak

wierni przekazują sobie podczas

Eucharystii znak pokoju, podchodzą,

podają dłoń, uśmiechają się,

myślę: „dobrze”. Czasem jest to skinięcie

głową. Ale czy nie są to jedynie

zewnętrzne gesty? Czy został

sercem przekazany znak pokoju,

czy nie? Życie w małej wspólnocie

pozwala się poznać, zobaczyć, kim

jestem, uświadomić sobie, że jestem

człowiekiem kruchym, grzesznikiem.

Bo widzę w lustrze, jakim

jest słowo Boże, prawdę. Zaczynam

również to dostrzegać w drugim

człowieku. I widzę, że nie potrafię

akceptować drugiego, że trudno

jest mi przebaczyć, przyjąć kogoś

takim, jakim jest. Po prostu prawdziwie

kochać człowieka, jak Bóg

mnie ukochał. We wspólnocie mogę

tego doświadczyć.

Słowo Boże, przemiana, docieranie

do prawdy o sobie. A Ksiądz? Wielu

powie, że „cóż on może wiedzieć

o życiu, jemu jest łatwiej”.

Wrócę do czasu, kiedy zostałem

proboszczem w Krakowie-Łagiewnikach,

w parafii pw. Matki

Bożej Saletyńskiej, nieopodal

sanktuarium Bożego Miłosierdzia.

Byłem młodym księdzem. Otrzymałem

kościół w budowie. Trzeba

było zmienić projekt, bo zaplanowana

świątynia była za duża. Nie

było pieniędzy. Mnie to wszystko

przerastało. Dopadł mnie kryzys,

że Bóg mnie nie kocha. 9 lat

kapłaństwa i taki kryzys! Pewnego

dnia zaproszono mnie na katechezy.

Opierałem się, nie chciałem iść.

Przecież jestem misjonarzem, głoszę

rekolekcje, nie będę jakiś katechez

słuchał (śmiech). Ale nalegali.

A ja zacząłem się zastanawiać,

czemu to nie księża, tylko ludzie

świeccy przyszli do mnie, do proboszcza,

i powiedzieli, że dla mnie

jest to ważne. W końcu poszedłem.

Sercem ówczesnych nauk,

jak i tych, które głosimy w parafii,

był kerygmat. On przyzywa ludzi

do wiary. Wtedy usłyszałem, że

Pan Bóg wcale mnie do parafii nie

posłał, by mnie zabić, jak wówczas

myślałem. Bo przecież nie znam się

na budowie, nigdy nie interesowały

mnie gwoździe, nie mam pieniędzy.

On mnie kocha! A ja nie

potrafiłem przecież kochać siebie.

Dotarło też do mnie, że będę mieć

wiarę, że ja, Leszek, będę człowiekiem

wierzącym. Że spotkam Boga

jako osobę. I uwierzyłem, wstąpiłem

do wspólnoty. Spostrzegłem,

że coś się ze mną dzieje. Wydawało

mi się, że muszę być na budowie, że

muszę prosić o pieniądze, a okazało

się, że najważniejsze jest, bym

zaczął się modlić, słuchać słowa

Bożego, a Pan Bóg resztę załatwi.

Byłem na spotkaniu proboszczów

na Jasnej Górze. Stefano Gennarini

głosił katechezy i powiedział: „Jeżeli

Pan Bóg chce jakiegoś proboszcza

nawrócić, to mu daje budowę

kościoła” (śmiech). A ja w kryzysie.

Dla mnie to był szok. Dziś, po tylu

latach drogi neokatechumenalnej,

widzę, że to jest prawda. Tego doświadczyłem.

W Łagiewnikach

stanął kościół. Pan Bóg go wybudował,

bez wysiłków ludzkich.

Budować kościół czy prowadzić

jakiekolwiek dzieło Boże to się nawracać,

być otwartym na to, co Pan

Bóg chce z tobą robić.

Na myśl przychodzą mi Dzieje Apostolskie.

Zbankrutowani apostołowie,

ci, którzy opuścili Chrystusa,

otrzymują Ducha Świętego, bo miłość

człowieka nie niszczy, a unosi.

Oni idą i głoszą Dobrą Nowinę.

A ludzie przychodzą do nich

i się pytają: „Co mamy czynić?”.

Przychodzą i dziś. Działy się i dzieją

się cuda. Bo Jezus jest nam bliski.

Trochę jeździłem po świecie,

pracowałem w radzie generalnej

w Rzymie. Miałem okazję być na

wszystkich kontynentach, gdzie

są placówki salezjanów. Patrzyłem,

jak prowadzi się duszpasterstwo

na misjach, gdzie ludzie są poganami.

I tam jest duszpasterstwo

misyjne. My w parafii mamy duszpasterstwo

sakramentalne. Przychodzą

ludzie do kościoła, sprawujemy

sakramenty, Msza św.,

spowiedź. Ale co roku jest liczenie

wiernych. W naszej parafii,

okazuje się, spośród 3 355 osób do

kościoła chodzi 16 proc. Czyli to

duszpasterstwo jest odpowiednie

dla tych, którzy przychodzą do kościoła.

A gdzie jest moje 84 proc.?

Mówię to jako proboszcz. Jak mam

trafić do ludzi, którzy na kolędzie

zamknęli przede mną drzwi? Jak

mam im powiedzieć: „Przyjdźcie

na adorację Najświętszego Sakramentu”,

jeżeli oni nie mają wiary?

Jak mam powiedzieć, że jest Eucharystia,

na której spotkają Jezusa

Chrystusa, kiedy oni w to nie wierzą,

nie wierzą w Paschę, w przejście

ze śmierci do życia? A może za

10 lat będzie to tylko 10 proc. I co,

mam biegać i jedynie troszczyć się

o tych ludzi i cieszyć się, że w ogóle

są jacyś w kościele, czy może zaproponować

coś innego? Pamiętam

coroczne spotkania w Watykanie

dla proboszczów rzymskich.

Mówiono, że jeśli proboszczowie

w Rzymie będą jedynie sprawować

sakramenty, to będzie trzeba

z czasem zamykać parafie. Dlatego

trzeba iść i głosić, trzeba wprowadzić

duszpasterstwo misyjne,

które ma za zadanie oddziaływać

na ludzi, których w kościele nie

ma. Czyli muszą być znaki w parafii,

które wskazują drogę ku

życiu, ku szczęściu, że mogą być

ludźmi zmartwychwstania. Jakie

to znaki? Wspólnoty. Katechezy,

które głosimy, mają zwołać ludzi,

zebrać we wspólnocie. Nauki mają

nas doprowadzić do odkrycia, kim

jestem. Wiem, że łatwiej jest nałożyć

maskę. Ale my nie jesteśmy

aktorami, a sobą. I siłę prawdy daje

nam Chrystus. Po naukach neoketachumenalnych,

które skończą się

w marcu, w parafii odbędą się Rekolekcje

Ewangelizacyjne Odnowy

w Duchu Świętym. Cały czas

ewangelizacja, stwarzanie możliwości

spotkania żywego Chrystusa.

krzysztof.kozlowski@gosc.pl

Papież Benedykt XVI

mówił, że Kościół trzeciego

tysiąclecia będzie Kościołem

małych wspólnot. Że to już

nie będzie Kościół mas, które

są ochrzczone, gdzie „chrzest

spłynął po zewnątrz, a serca

pozostają pogańskie”. Stąd

katechezy, które głosimy –

mówi kapłan.